Jak dawały kosza nasze praprababcie?

Czarną polewką odprawiano absztyfikanta w wielu szlacheckich domach
Czarną polewką odprawiano absztyfikanta w wielu szlacheckich domach

Albo chociaż postaci literackie z ich czasów – jak odmawiały zamążpójścia? Ciekawe, czy odczytanie lektur literatury klasycznej czy współczesnej pod takim kątem mogłoby wnieść coś do naszych dzisiejszych zwyczajów. Oczywiście – oprócz ulgi, że dziś tę sprawę możemy załatwić same i kompletnie po swojemu.

Pamiętacie Teofila Różyca z „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej? Dostał „harbuza” od Justyny. Albo „czarną polewkę” z „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza? Raczej tak, choć dziś już mało kto wie, że była to zupa z krwi zwierzęcej. Dostać „czarną polewkę” – zwaną także „czerniną” – od ukochanej oznaczało, że nie przyjęła ona oświadczyn.

Niepyszna czernina

„Soplicy, Horeszkowie, odmówili dziewkę. Że mnie, Jackowi, czarną podano polewkę” – czytamy u naszego wieszcza. Czarną polewkę podawano na życzenie ojca dziewczyny, któremu to zazwyczaj propozycję składał kandydat. I taką to zupę właśnie dostał od Stolnika Jacek Soplica – pamiętajmy, że w czasach szlacheckich normą było aranżowanie małżeństw przez rodziców i to przede wszystkim oni mieli tutaj coś do powiedzenia.

Przepis na zupę był prosty. Czarna polewka to nic innego, jak rosół zabarwiony kaczą krwią, wzbogacona o podroby, suszone śliwki i kluski. Charakterystyczny słodkawy smak nadawała daniu mieszanina cukru i octu, która miała nie pozwolić zupie zakrzepnąć. Jednak nie istniał i nie istnieje nadal (bo w wielu polskich domach nadal się jada czerninę) jeden słuszny przepis na przygotowanie tego specjału. Każda gospodyni pichci go na swój własny, unikalny sposób.

Owocowa odmowa

Czasem zamiast polewki dawano kandydatowi arbuza – miało to dokładnie takie samo, odmowne znaczenie.
Dlatego właśnie amant, jadąc do rodziny wybranki, musiał uważnie obserwować, czym zostanie ugoszczony. Ale oświadczał się z reguły nie sam – towarzyszył mu swat. Jeśli rodzice aprobowali młodziana, podawali mu melona (oczywiście wtedy, gdy był na nie sezon).

Czy to dziś nie wydaje się Wam zabawne? Kto by pomyślał, że owoce (zwłaszcza egzotyczne!) mogły pełnić tak ważną funkcję w biografiach naszych szlachetnie urodzonych prababek i pradziadków!

Groch, gęś i wieprzowe ogonki

Podobne określenia, które jednak nie utrwaliły się w naszym języku, to: podać komuś wieniec grochowy lub… dostać szarą gęś. W praktyce oznaczało to tyle, że jeśli kandydat widział wieniec na ścianie domu ukochanej – wiedział już, z czym musi się liczyć. Rekuzy (czyli odmowy kawalerowi ręki panny – to kolejne zapomniane, choć niewątpliwie literacko popularne słowo, znajdziecie je w „Dumie i uprzedzeniu”, „Annie Kareninie”, „Potopie” itd.) spodziewał się także absztyfikant, któremu podano gęś.

Nieco inaczej bywało na Żmudzi. Jak pisze Julian Ursyn Niemcewicz, podawano tam na obiad szupienie – gęstą grochówkę z zatkniętymi ogonkami wieprzowymi. Dobrze było, jeśli sterczały one w górę. Natomiast jeśli były skierowane ku dołowi – oblubieniec odchodził z niczym.

A dziś?

Obyczaje te – choć nam wydają się zabawne – traktowano śmiertelnie poważnie. Dziś możemy sobie o nich poczytać i z ulgą wziąć sprawy w swoje ręce. A może nie zawsze z ulgą – bo postawić na uczciwą partnerską rozmowę może być dużo trudniej niż – jak się wydaje – postawić na stole zupę z przesłaniem.

Warto jednak się zmobilizować i uczciwie – z kulturą i delikatnością – wyjaśnić, dlaczego nie decydujemy się na trwały związek z naszym chłopakiem. Powodem mogą być na przykład inne oczekiwania życiowe, niechęć do stworzenia małżeństwa wynikająca z naszego wieku lub etapu, na którym się znalazłyśmy. Odmawiając – musimy się liczyć, że partner odsunie się od nas, a nawet zerwie kontakt. Jednak uczciwość wymaga, abyśmy, nie chcąc wychodzić za niego za mąż, dały mu wolność i pozwoliły na dalsze poszukiwania i ustabilizowanie życiowej sytuacji. Ale to już temat na osobny wpis…