Nie tylko diamenty są wieczne

Pierścionek zaręczynowy - wyraz zaangażowania w związek - ma wielowiekową historię
Pierścionek zaręczynowy - wyraz zaangażowania w związek - ma wielowiekową historię

Pisałam już Wam o najbardziej romantycznych zaręczynach świata, idealnej kolacji zaręczynowej i dzieleniu się ze światem radosną nowiną o przyszłym ślubie. W końcu nadszedł czas, by nieco dokładniej przyjrzeć się głównemu (oprócz dwojga zakochanych, rzecz jasna) bohaterowi zaręczyn. Oto przed Wami – pierścionek zaręczynowy! I kilka słów o jego historii.

Zanim On i Ona staną na ślubnym kobiercu, przyrzekną sobie miłość aż po kres swoich dni i będą żyli długo i szczęśliwie, przyszły pan młody musi najpierw upewnić się, czy jego wybranka ma w ogóle w planach podobny scenariusz z nim w roli głównej. Właśnie po to wymyślono zaręczyny – myślą faceci. Z kolei dla kobiet oświadczyny ze strony mężczyzny to swoiste ukoronowanie miłości, przypieczętowanie ich dotychczasowego związku i obietnica wspólnego życia po ślubie.

I choć moment zaręczyn z pozoru nie wymaga aż tylu planów, przygotowań i przedsięwzięć, co ślubna ceremonia, to jednak emocje towarzyszące tej chwili pozostają w naszej pamięci na całe życie. Co się na nią składa? Poszukiwanie idealnego pierścionka, niepowtarzalna atmosfera i ten słodki moment niepewności poprzedzający odpowiedź na pytanie: „Czy zostaniesz moją żoną?”.

Pierścionek z historią

Jego historia sięga starożytności. Podobno pierwsze pierścionki zaręczynowe pojawiły się u starożytnych Egipcjan oraz Greków, ale dopiero w antycznym Rzymie odnajdujemy wiarygodne dowody na ich istnienie. Czy wiecie, że Rzymianki w dniu zaręczyn dostawały aż dwa pierścionki? Jeden z nich – złoty – nosiły z dumą w miejscach publicznych, drugi zaś – wykonany z żelaza – towarzyszył im na co dzień podczas wykonywania prac domowych. Same przyznacie, że to wyjatkowo praktyczne rozwiązanie. Ileż to razy stajemy przed dylematem: „zostawić czy zdjąć?”, gdy czeka nas mycie okien, wyrabianie ciasta, przesadzanie kwiatów albo inna robota, do której delikatny brylancik pasuje jak kwiatek do kożucha.

Brylanty – rzadkie i pożądane

A skoro już o brylantach mowa, to pierwszym udokumentowanym pierścionkiem zaręczynowym z brylantem był ten, który w 1477 roku Maksymilian I Habsburg wręczył Marii Burgundzkiej. Od tego czasu w arystokratycznych rodach Europy Zachodniej zapanowała moda na zaręczynowe brylanty o najbardziej subtelnych szlifach. Przez kolejne wieki brylanty były niezmiernie rzadkimi okazami na rynkach jubilerskich. Nic więc dziwnego, że zarezerwowane były jedynie dla koronowanych głów i najbogatszych warstw społeczeństwa.

Kiedy pod koniec XIX wieku odkryto złoża diamentów w Afryce Południowej i rozpoczęto intensywne wydobycie (aż do miliona karatów rocznie!) tych rzadkich minerałów, wydawać się mogło, że oto nastanie prawdziwy brylantowy boom. Jednak tuż po I wojnie światowej ogólnoświatowy kryzys sprawił, że brylanty były ostatnia rzeczą, o której marzyły przyszłe panny młode.

Dowód miłości i… lokata kapitału

Dopiero lata 40. XX wieku upomniały się o tę „odrobinę luksusu” za sprawą wielkiej kampanii marketingowej przeprowadzonej przez amerykańskiego monopolistę na rynku wydobycia diamentów – firmę DeBeers. Wynajęta przez nich agencja reklamowa N.W. Ayer zastosowała genialny w swej prostocie chwyt marketingowy, sugerując zakochanym mężczyznom, że jedynym klejnotem godnym wybranek ich serca jest tylko i wyłącznie brylant! Zagrano nie tylko na emocjach facetów, ale również wskazano im praktyczne podejście do tej niemałej inwestycji – otóż według specjalistów z DeBeers każdy amerykański mężczyzna poważnie myślący o przyszłości powinien regularnie odkładać odpowiednią sumę ze swojego wynagrodzenia, tak aby na pierścionek zaręczynowy przeznaczyć równowartość swojej miesięcznej wypłaty. Pierścionek z brylantem był nie tylko dowodem miłości, ale i lokatą kapitału.

To wtedy powstało znane na całym świeci i funkcjonujące do dzisiaj hasło: „Diamenty są wieczne”. Tak jak wieczna jest miłość oraz globalny sukces firmy DeBeers, która niemal do końca XX wieku pozostała monopolistą na światowym rynku diamentów.

Konwenanse na bok

Na szczęście dla nas współczesne trendy i zwyczaje towarzyszące zaręczynom skupiają się indywidualnych możliwościach, oczekiwaniach i decyzjach pary zakochanych. Pierścionek z brylantem nie jest już konieczną oznaką „dobrego tonu”, „właściwej pozycji społecznej” czy „nieodzownym wymogiem”, pod ciężarem którego ugina się niejeden przyszły narzeczony. Dzisiejszy świat pierścionków zaręczynowych to królestwo różnorodności, w którym coś odpowiedniego dla siebie znajdą zarówno miłośnicy dystyngowanej i ekskluzywnej klasyki, minimalistycznego designu, jak i szalonej awangardy. Bo przecież nieważne, co tak naprawdę znajdzie się na naszym serdecznym palcu. Najważniejszy jest ten niepowtarzalny gest – od serca do serca.

PS. Czy wiecie, że idea noszenia zaręczynowego pierścionka na serdecznym palcu lewej dłoni została spopularyzowana w XVII wieku przez angielskiego prawnika Henry’ego Swinburne’a w traktacie o umowie małżeńskiej przywołującym antyczne wierzenia, jakoby przez ten właśnie palec przebiegała „żyła miłości” (po łacinie „vena amoris”) wiodąca prosto do zakochanego serca?